Wszystko dobrze się skończyło. Mały ma już miesiąc! Ma na imię Szymon. Jest niesamowitym dzieciakiem.
Tymczasem zamykam ten blog-dziecko na horyzoncie,a teraz już w rzeczywistości, zweryfikowało trochę moje życie. Zajęcia głowy rodziny tak mnie pochłonęły że niestety nie byłem w stanie kontynuować tutaj wpisów. Okres ciąży wspominam niezwykle sympatycznie.
Pozdrawiam wszystkich czytelników!
Żonkę pobolewała już głowa nie raz i nie dwa, jednak do tej pory nie stanowiło to żadnego problemu - tabletka, popitka, kwadransik - i po sprawie. Tak że bynajmniej ból głowy nie robił nigdy za jakąś tam wymówkę :) No i najważniejsze, że w ciąży aż do dzisiaj nigdy głowa nie bolała. No ale w końcu nadszedł ten dzień, kiedy pogoda zwariowała, ciśnienie poszło tragicznie w dół i ja sam od rana czułem że coś jest nie tak. Tylko nie wiedziałem co. Bo np. nie pomagała mi kawa, ani druga kawa, ani trzecia mocniejsza. No i z planu minimum w pracy wyrobiłem może ze 40%, więc jutro pewnie zaliczę nockę żeby się wyrobić z projektem. Dodam jeszcze tylko, że naprawdę jestem wyjątkowo niewrażliwy na jakieś tam wahania ciśnienia itp.
Ale wracając do ciężarnej. Wróciła z uczelni i od początku pretensje. Zupełnie wyjęte z kapelusza. Że mama nie wiadomo po co do niej dzwoniła, że kuzynka coś za nią załatwia, że instruktor od prawka wymyśla (no! bo zapisała się na prawo jazdy!! W CIĄŻY!! na prawo jazdy!! - ale o tym to będzie osobny wpis), aż w końcu skończyły się powody więc zeszła na mnie. No a ja, głupi kretyn i idiota, oczywiście niedomyślny, dałem się wkręcić w te głupie wymiany zdań. No i podkręciłem jej tą napierdalankę w głowie tak mocno, aż poszły łzy...
No niestety, dałem dziś ciała.
W sumie po chwili zrozumiałem o co biega, że to głowa jej dzisiaj tak trzaska i dlatego jest taka nieznośna więc to przecież nie jej wina, a na dodatek w ciąży to nic przeciwbólowego nie można łykać. Pozostało nic innego jak tylko przytulić, położyć do łóżka, przytulić, ululać :) zrobić mały masaż skroni i karku, jeszcze raz przytulić, uspokoić... No i udało się, teraz już śpi :)
P.S. To był pierwszy dzień bez mdłości od jakiś ponad 2 tygodni, kiedy codziennie kończyło się to modlitwą nad miską. Czyli już miało być tak pięknie, a tu taki głupi ból głowy...
Zauważyłem (takie moje ciekawe spostrzeżenie) że krzyczenie na kobietę żeby nie rzygała, kiedy ona siedzi nad miską, nic nie daje...
Za to pomaga sucha kromka. Po prostu jak się obudzi trzeba podać tej szkapie pajdę czerstwego/suchego/świerzego-chrupiącego chleba. Sucharki WASA też pomagają. Tak prawdę mówiąc to jedyne, co moja ciężarna przyswaja ostanio bez problemowo.
Pobiegałem też trochę po aptekach w poszukiwaniu cudownego środka/cherbarki/zioła :) na takie dolegliwości. Oczywiście mógłbym zaparzyć parę liści pięciopalczastej ślicznotki rosnącej w doniczce na parapecie, ale nie ma pewności czy by to pomogło. A nawet jeśli, to narkotyzowanie nienarodzonego odpada. Więc wracając do aptek - zwiedziłem kilka, wszędzie słyszałem to samo - niestety nic takiego nie istnieje. Można pić miętę, ale czasami ona też odrzuca (thx za cynk, sam już to zauważyłem). W jednej aptece polecono mi Rennie - te miętówki na zgagę. Czytam ulotkę - faktycznie, polecają te dragi ciężarnym. Więc kupiłem. I niby trochę pomaga, ale raz że żona się martwi czy oby na pewno może coś takiego ćpać, a dwa że w sumie sucharki są najlepsze.
No nic, musi to jakoś przeżyć, jak miną 3 miesiące podobno się uspokoi wszystko. Przerąbany czas. Jakbym wiedział wcześniej że ciąża to taka masakra...
Okazuje się że 16 godzin snu u ciężarnej to nic wielkiego :) Ja niby rozumiem, że inkubator i takie tam, czyli śpi za dwóch. Ale tego jeszcze nie było - kładziemy się spać razem, potem po 6 godzinach ja wstaję do roboty, a jak wracam to moja ciężarna żona dalej śpi... Niesamowite to jest, ile ona potrzebuje teraz snu. Ale niech śpi, skoro tak tego potrzebuje. No i jak śpi to przynajmniej nie ma mdłości. A po porodzie się (podobno) skończy :]
Niestety, mit o rzyganiu okazał się prawdą. A już było tak dobrze... Było jej co prawda niedobrze, i to nie tylko rano, ale i po południu, i wieczorem, ale parę dni temu zaczęło się na dobre.
Facet ma przejebane w takiej sytuacji. Nie może nic zrobić. Ani pomóc, ani wesprzeć. Tylko patrzy / słyszy jak kobieta się męczy. Masakra. Oby jej niedługo przeszło. Podobno niektóre ciężarne mają tak, że rzygają non stop - aż w końcu lądują w szpitalu położniczym. Mam nadzieję że moja tam jeszcze się nie wybierze.
Nareszcie się doczekaliśmy od dawna umówionej wizyty.Tym razem zapowiedziałem, że wchodzę do lekarza z żoną. Jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Choć czekając w kolejce 1,5 godziny myślałem że dostanę na łeb. Ile kurcze można czekać w kolejce do lekarza?? Ja pierdole. A to i tak podobno nie było długo.
No dobra. Wszedłem do lekarza, tam miła pani doktor wita nas, mówi że się cieszy że razem, że wogóle lubi jak się razem przychodzi, że to dobrze że (jak to określiła) sprawca się interesuje itd. :) I zaczynamy badanie, najpierw coś tam pani doktor pomajstrowała sama, po chwili zawołała mnie. Podchodzę do monitora, i babka komentuje co tu widać.
A widać serce!!! Patrzę i normalnie myślałem że zwariuję! Takie to małe (8 tydzień), a ma już serce! Serce małe bo małe, ale jest, i napierdziela jak szalone :) Rewelacyjnie to wyglądało na monitorze - mała pulsująca kropa. Co do reszty - tam z lewej mamy głowę, a z prawej to dokładnie już nie pamiętam co to tam widać :) Wrażenie niesamowite. No i najważniejsze - wszystko super się rozwija, po prostu klasa. Przy okazji dowiedziałem się wieelu ciekawych rzeczy, np że przy tym z czym ma problem moja żona, czyli przy policystycznych jajnikach, jest 10% szans na zajście w ciążę tak po prostu, bez wspomagania. Dużo w naszym przypadku dał wiek żony - poniżej 25, ale i tak babka (a doktorat robiła o policystycznych jajnikach) była pod wrażeniem że tak łatwo nam poszło. Ja dodam, że łatwo i przyjemnie :)
Żeby nie było za miło, usłyszeliśmy też parę słów przestrogi, np. że przy PCO jest, po pierwsze większe prawdopodobieństwo (statystycznie) poronienia w pierwszym trymestrze, po drugie bardzo duża groźba cukrzycy ciążowej u matki, i po trzecie groźba urodzenia dużo za wcześnie, ok 22 tygodnia (to najrzadziej), kiedy nie ma szans na uratowanie dziecka - dlatego w tym okresie umawia się dodatkowo na wizyty, i USG robi się i od dołu i od góry. Wogóle babka dużo nam tłumaczyła co i jak, co wolno a czego nie, co jeść, ile przytyć; taką pogadankę zrobiła na początek ciąży, bardzo fajne to było. Mogliśmy się pytać o co chcieliśmy, spokojnie wszystko tłumaczyła. I od razu kartę ciąży założyła. A nie każdy lekarz tak traktuje pacjentów, tak się przejmuje i wogóle. Ten u którego żona była ostatnio zupełnie wszystko zlał - ale dopiero po tej wizycie sobie to uświadomiłem. I jeszcze żonę na kilka różnych dodatkowych badań skierowała (oczywiście te najdroższe nie są refundowane...).
No nic, przed nami ciekawy, ekscytujący ale i zarazem trudny czas. Będzie fajnie ;)
Będę ojcem. Kurcze, niby wiem o tym już ładnych pare tygodni, ale co się rano obudzę to muszę to sobie uświadamiać od nowa. Wiadomo że się cieszę. No ale przecież jestem realistą - jak sobie teraz poradzę?? Skąd kasę brać na wszystko pokolei - najpierw lekarze, badania, a potem, strach pomyśleć, ciuchy, wózek, itd. Jasne że wszyscy chcą pomagać, w pracy obiecali wyprawkę :) tak samo reszta znajomych, nie mówiąc o rodzinie. Ale z drugiej strony nie można liczyć na wszystkich w koło, raz że się można łatwo w ten sposób przejechać, a dwa że trzeba być teraz już odpowiedzialnym i wziąć sprawy w swoje ręce. No i największe zmartienie - jak się pomieścimy w tej ciasnej kawalerce. Już teraz mamy ciasno, a gdzie tu wstawić jakieś łóżeczko czy przewijak itd? Wypieprzę biurko, kompa mogę trzymać na kolanach, ale to i tak wszystkeigo nie załatwi. Acha, i jeszcze ten gnooj na uczelni, pozmieniali w tym roku dziekanów. Ze starą ekipą znałem się doskonale, zawsze szli na rękę, nie było problemów. A teraz? Przyszli nowi i świrują że co to nie oni. Widzą tylko regulamin studiów, a o studentach zapominają... Ale trzeba być twardym, nie miętkim, a co cię nie zabije to cię wzmocni, no nie :) A to już taka natura Polaków, że muszą narzekać. I muszę przyznać, że po tym wylaniu z siebie tego wszystkiego, czuję się duużo lepiej :)
Żona do lekarza miała iść za jakieś jeszcze 3 tygodnie. Ale pojawiło się tysiąc pytań - a co jeśli ciąża będzie pozamaciczna, albo jeżeli to jakiś inny syf, albo coś jeszcze innego. Oczywiście musiałem robić dobrą minę i co chwile ją uspokajać, ale wkońcu stres udzielił się i mnie, dlatego kiedy zapytała sto pięćdziesiąty raz, czy by się nie umówić wcześniej do innego lekarza, powiedziałem - no umówże się babo! Tak, pojadę z tobą, nie martw się.
Sekretarka ginekologa: Na nfz? To za miesiąc będziemy zapisywać na przyszły rok :) ... A, prywatnie? No to jeszcze na dzisiaj mogę panią zapisać... LOL (koszt wizyty razem z USG: 100pln)
Pojechaliśmy więc, ale jakoś nie zdecydowałem się wejść do gabinetu z moją kobietą. Nie wiem czemu, ale zostałem w poczekalni. ...
W końu wychodzi. Patrzę - BANAN NA RYJU - od razu kamień z serca, hehe!! Ja pierdziele!! Ale się denerwowałem. A ona do mnie: będziesz tatusiem! Patrz, to nasze dziecko. Ma 1,5cm ... Daje mi zdjęcie, ja patrzę, kurde i nic nie widzę :) Przyglądam się - o no coś jest. To ta mała fasolka to to nasze dziecko? Ale jazda :)!!
Wszystko jest w porządku, rozwija się idealnie :) Następna wizyta spokojnie za miesiąc. To jakiś 5 tydzień jest. Chwile myślę... hmm czyli od tego odjąć 2 tygodnie i już wszystko wiadomo kiedy to tak skutecznie zaszalałem. Normalnie jestem snajper.
- Musisz coś zobaczyć!! Widzisz tutaj dwie kreski? - Ja pierdole! KOBIETO! Kurde która jest godzina?? Dlaczego mnie tak rano budzisz?? - PATRZ! - Eee, no... sam nie wiem. Coś tam widzę, ale kiepska ta druga kreska... A wogóle skąd masz test?? - No miałam jakiś stary. Patrzę na datę ważności: przeterminowany - dwa tygodnie :) - Nie to ściema jakaś jest, przecież wiesz że to nie możliwe! - To weź pójdź mi do apteki... no proszę :) - Ty od roku nie miałaś oawulacji, co ty mi tu pieprzysz o jakimś teście?? - Wieeem... ale proszę no... powinnam dostać okres 3 tygodnie temu. Wiesz jak się zjebanie czuję? Muszę wiedzieć z czym jakby co iść do lekarza.
No to poszedłem. Dla świętego spokoju. I dla pewności kupiłem dwa różne (13 zeta za test!? to jakiś wał!! na allegro widziałem po 6 ...). Wracam do chaty, kobieta zniecierpliwiona (oczywiście).
- Zobacz która godzina. I powiedz mi za 5 minut. - Już minęło 5 minut! I co? - No to sam zobacz! - No powiem ci że nędzna ta kreska, nędzna bardzo. - Ale też ją widzisz? - No, nie da się ukryć.
... Czy test ciążowy może kłamać? Hmm, tak! Ale tylko wtedy, kiedy wyjdzie negatywny! Jeżeli wyszedł pozytyw, to mamy ciążę (no, na jakieś 99%). Ale LOL.
Tak było dwa tygodnie temu :) Niedziela, ciężko było znaleźć lekarza. W końcu się udało. Lekarz ginekolog - już o nim zapomniałem. A miałem pamiętać jak się szarlatan nazywał, żeby ostrzec innych - ehh, ponoć w ciąży ma się sklerozę:) Bo gnojek (facet, ginekolog, na oko koło 30) robi to USG, robi, i robi, i nic nie widzi. I pyta się czy są bóle, czy mdłości, czy było krwawienie? Wkońcu, po pół godzinie i 150pln stwierdził że "niezauważyła pani poronienia, ale proszę jeszcze pojechać do szpitala zrobić badanie krwi hCG". Żonka wkurwiona po wyjściu - co za pojeb! Pyta się, czy mam objawy jak z drugiego miesiąca ciąży! A przecież jeśli już to to jest zupełny początek! A poza tym chyba bym zauważyła krwawienie, nie?
Pojechaliśmy do szpitala. Wynik był po 1,5 godzinie - 178. A norma jest do 5! LOL! Czyli mamy jakiś 2-3 tydzień! No moje gratulacje żoneczko :) I pojechaliśmy do jej rodziców. Pierwsi się dowiedzieli. Teściu od razu się upił :) Moim rodzicom powiedzieliśmy tydzień później, jak z kolejnego badania krwi wyszło ponad 550.
Hehe, to był na maxa zakręcony tydzień. 5 testów ciążowych, dwa badania krwi, wizyta u lekarza, telefony do znajomych lekarzy, informowanie rodzinki. Dla mnie najbardziej stresujące było informowanie moich starszych. Kurde, jak oni zareagują itd? Przecież jeszcze jesteśmy mega młodzi, nie planowaliśmy tego, wcześniej nie rozmawialiśmy o tym, moja mama całkiem niedawno mówiła że jeszcze jest za młoda na babcię... A tu taka jazda. Z nienacka. Na maxa.
No, ale było OK. Mamuśka się ucieszyła, pogratulowała, moje obie siory zaczęły piszczeć jak nienormalne, kompletna głupawka. Tylko stary spał, nawet się nie obudził. No cóż, trudno. Pogratulował mi dopiero 3 dni później.
Znowu jestem pierwszy. Tak jakoś wyszło. Dwa lata temu, z hakiem, hajtłem się. Jako przodownik, pierwszy też zostanę ojcem. Pierwszy oczywiście z mojej klasy licealnej, w której stworzyliśmy naprawdę fajną zgraną paczkę.
Mam nadzieję że sprawię tym blogiem przyjemność nie tylko sobie, ale jeszcze paru innym osobom. Poza tym ojciec chyba jest zaniedbywany w dzisiejszych czasach, w dzisiejszym społeczeństwie. Oczywiście - przecież przez te 9 miesięcy to głównie dla matki świat wywraca się do góry nogami. Ale przecież dla ojca też. Fakt, to nie on tyje 25 kilo, to nie on rzyga rano ani nie on śpi całymi dniami :) Dlatego postanowiłem założyć ten blog, żeby podzielić się swoimi odczuciami, czyli tym jak wygląda ciąża - 9 miesięcy - ale z punktu widzenia faceta, przyszłego ojca.
Tytułem wstępu jeszcze jedna rzecz - parę faktów z życia, tak żeby czytelnik łatwiej mógł wczuć się w moją sytuację: zostanę ojcem po raz pierwszy, mam 23 lata i 5 miesięcy, studiuję dziennie i pracuję na ponad pół etatu, żonkę mam śliczną i młodszą ode mnie o 5 dni, też studiuje i pracuje. Chcę tutaj pisać co mi się podoba i takim językiem jakim chcę, bez cenzury. Wulgaryzmy więc pewnie się pojawią, ale porno raczej nie :)
No i najważniejsze - zakończę ten blog za niecałe 9 miesięcy szerokim uśmiechem. Napewno :)